Kiedyś więcej milczałam. Teraz wypowiadam wiele słów, tyle że pieczołowicie wydrapałam z nich domniemanie prawdy. Lekkość konwencji otwiera drzwi do krainy niepowagi, w której jest zwiewnie i przyjemnie, a przede wszystkim bezpiecznie, bo można powiedzieć w zasadzie wszystko. Śmiechem pompujemy baloniki, balonikami wypełniamy przestrzeń, która mogłaby być smolista, bo smród, ból, cierpienie i śmierć. I choć ciężar właściwy śmiechu w balonikach jest dużo mniejszy od ciężaru przyczajonej atmosfery, to nie przestają mnie zaskakiwać pojedyncze, ultraciężkie gatunkowo krople, które skapują niespodziewanie w przestrzeń praktycznie obcych sobie ludzi.
Zaskakuje mnie, że ludzie tak łatwo poddają się przerysowanym formom, że zdystansowani przyjmują prawie każdą rolę. Zaskakuje mnie i zachwyca ten mały, ordynarny teatr. I pojedynczy widzowie, którzy jeszcze nie wiedzą, że to się nie dzieje naprawdę. I pojedynczy aktorzy, którzy jeszcze nie czują, że w piątej warstwie podtekstu jest dużo prawdy. Prawdy, do której przez rozmycie i wieczną wątpliwość nigdy nie uda się z całą pewnością odkryć.
Z drugiej strony nigdy tak wyraźnie nie dostrzegałam łatwości ukrycia manipulacji w umownej kapsule rozbawienia i w niedopowiedzeniu. Ta możliwość jest jak lśniąca pokusą rosiczka, która wabi nieostrożnych. Choć nie mogę zdecydować, czy myślę teraz o manipulujących, czy manipulowanych...
Nie jest nudno. To najważniejsze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz