koperek

Widzę swoje życie jako serię obrazów filmowych. Pomimo tego, że mam szczególną relację ze słowami, że uważam je za tworzywo plastyczne względnie o dużych możliwościach, to sam zapis generuje konieczność nadawania ciągłości i tworzenia powiązań między zdaniami. Składnia narzuca sposób myślenia o, zdania muszą stanowić uzasadnienie dla siebie i to zwykle choć częściowo w odniesieniu do szerszego kontekstu. Tymczasem większość chwil mojego życia nie potrzebuje żadnego uzasadnienia, nawet jeśli mam świadomość osadzenia w okolicznościach i uwikłania w przyczynowo-skutkowych ciągach wydarzeń, myśli, emocji, wyborów, inercji, przyszłości i przeszłości. Być może jestem zbyt zatomizowana, a przez to pod pewnymi względami niespójna. Być może wydaję się sobie niespójna, bo myślę w sposób pokawałkowany, bo kaleki umysł w strachu przed upraszczającym uogólnieniem unika syntezy, broni się przed modelem, w ramach którego wszystko dałoby się wyjaśnić i spiąć. Tak działa literatura - nawet mimowolnie, nawet między słowami - wiąże i nadaje znaczenia. Tak ja ją odbieram.
A język filmu może, ale nie musi, ponieważ obraz może, ale nie musi.
Więc widzę - niestatyczne, choć czasem zamrożone obrazy, przepływające przez myśli. Choć mogę wyjaśnić, skąd, dokąd i dlaczego (ale będzie to wtóra analiza obarczona gigantycznym błędem interpretacji), to nie czuję potrzeby tłumaczenia. Widzę obrazy i one składają się na to kim jestem. Dwadzieścia, piętnaście czy nawet dziesięć lat temu wydałyby mi się nieprawdopodobne, bo nie oczekiwałam, że się wydarzą. Niektórych bym wtedy chciała, innych wręcz przeciwnie, ale większości nie oczekiwałabym, bo nie wydawały się rzeczywiste, jakby mogły zaludniać tylko wyobrażone światy. A jednak wydarzenie się czyniło je natychmiast naturalnymi i normalnymi i żadne nieprawdopodobieństwo nie zaburzało przeżywania.
Zachwyca mnie życie, ale w zasadzie nie zaskakuje, choć bywa niespodziewane. Nie zaskakuje w sensie nie rodzi niedowierzania. Może dlatego, że wprawdzie starałam się dążyć do tego, co wydawało się najlepsze, to spodziewałam się najgorszego (można mówić, że to asekuracyjny pancerz przeciwko rozczarowaniu, ale nie wypada powtarzać w towarzystwie rzeczy jawnie oczywistych). Gdy brak oczekiwań równoważą dążenia, człowiek wypada poza kategorie optymizmu-pesymizmu. Zwłaszcza gdy bazuje się na pogodzie ducha. Zwłaszcza gdy czerpie się radość z niepogody ducha. Zwłaszcza gdy się po prostu lubi żyć.

0 komentarze:

Prześlij komentarz