trzask
To nie tak, że przywykłam do życia w szczelinach niepewności. Nie potrafię się przyzwyczaić i właśnie dlatego tak konsekwentnie ich szukam, tak łatwo wychwytuję najmniejsze ślady.
Naprawdę szczęśliwa, choć szczęśliwość nie jest moją ulubioną kategorią, jestem w chwilach łamania, gdy rzeczywistość trzeszczy rozpięta między możliwościami. Jeszcze nie wiadomo, jak będą przebiegały wydarzenia - mogę i muszę wybrać, mając pewność, że decyzja lub jej brak zaowocuje słodko-gorzką mieszanką zysków i strat.Czuję się żywa aż do momentu przełamania. Później działanie jest już ograniczone wyborem. Linie wyraźnie się zarysowały, część z nich wyblakła i zgasła w niedorozwiniętym świecie potencji (jeśli interpretacja kopenhaska jest słuszna, w co powątpiewam, i jeśli w ogóle mieszanie kwantówki jest uprawnione) lub rozgałęziła się w alternatywne rzeczywistości (jeśli intuicja nie zawiodła Everetta, choć ja jakoś nie czuję koncepcji, wedle której w Multiwersum miałoby realizować się wszystko, co możliwe. Z drugiej strony... wyjaśniałoby ona moje zamiłowanie do przeżywania takich momentów. Podświadome pragnienie utworzenia maksymalnej liczby odnóg i zapełniania nieskończoności licznymi wersjami siebie. Tyle że to nie jest argument).
Gdybym więc kiedyś mówiła, że jest wykurwiście dobrze, to znaczy, że właśnie się łamie, że właśnie się łamię.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz