6 A.M.
5 nad ranem. Oczy wpatrzone w szarzejącą ciemność. Spojrzenie nieostre, rozmyte zamyśleniem. Wzrok skierowany do wewnątrz. Zewnętrznie pobieżnie rejestruje stopniowe przechodzenie świata w skalę szarości. Gdzieś tam, daleko, mglisty świt leniwie obejmuje półokrąg świata poniżej linii horyzontu, ale dzień jeszcze nie zarysowuje swojej obecności…
Gdzieś tu, blisko, ciepło ciała… podwinięte nogi zgięte w kolanach, prawe biodro miękko zatopione w pościeli przykrywającej nierozłożone łóżko…
Podświetlone szaroniebieskim blaskiem pasemka myśli przepływają powoli. Ściągają uwagę, kuszą, jak wstążki przywiązują do siebie coraz silniej. Podążam za nimi do swojego wnętrza. W głębi jestem ciemnobłękitna, jak toń głębokiego jeziora. Przepełnia mnie spokój, przelewa się od końcówek włosów po czubki palców u stóp. Kołysze leciutko…
Wyobraź sobie otoczone gęstym lasem, rozległe jezioro o zmierzchu. W bezwietrzną pogodę uderza gładkość tafli, której powierzchnia marszczy się delikatnie dopiero w pobliżu lądu. Fale miękko omywają brzeg.
Doświadczam podobnej łagodności i niewymuszenia. Poruszona drżeniem o niskiej częstotliwości, naskórkowo, samymi koniuszkami nerwów odbieram słabiutkie wibrowanie. Podskórnie faluję, ale wewnątrz pozostaję granatowo niewzruszona.
sama.
ze sobą.
pogodzona.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz