Już tylko desygnaty piękna.

Oprawiona w grube ramy szkła czuję, jak powoli ujednolicają się we mnie niejednorodności, jak zamiera zmienność, jak stapiam się w materiał z pamięcią kształtu. Kształtu.. brzydkiej, ciasnej, obcej ramy. Bez różnicy, czy pod zmienną ramy podstawisz lustro myśli czy gombrowiczowską gębę.

-o-o-o-

Przestałam sobie towarzyszyć na każdym kroku, bo i po co. Idzie, jedzie, reaguje, komunikuje, wchodzi w reakcje. Powierzchowne interakcje w większości sytuacji naprawdę wystarczają, naprawdę nie potrzeba czucia, naprawdę nie trzeba przyjmować głęboko, mocno, całą objętością. Naprawdę nie musisz wrzeć, drżeć, analizować, przejmować się zamazaniem obrazu całości.
Odruchowo pisze, prowadzi, replikuje, wykonuje, zapamiętuje... Jak zombie w śmiesznych kognitywistycznych teoriach. Poniekąd jest dowodem, że nie zauważa się różnicy. Prawie nikt nie dostrzega braku zmęczonej świadomości.
Za to ja dostrzegłam czynności, sytuacje, ludzi i zdarzenia, w których jej potrzebuję.
Nie biega się. Biegam.
Nie opowiada się. Opowiadam.
Nie czuje się. Czuję.
(czasem) Nie rozmawia się. Rozmawiam.
Nie tworzy się. Tworzę.
Nie ...
..

W pozostałych sytuacjach - odpoczywam i buntuję się przeciw mitologii pielęgnowania uważności i ciągłej obecności. Kiedyś muszę spać.

-o-o-o-


Wieczorami pod powiekami obserwuję rozlane plamy kolorowego atramentu. Delikatne rysunki wspomnień i o zgrozo spełnionych pragnień zatarte przez czas jak naskalne malowidła, trochę obce, trochę niezrozumiałe, trochę wymuszające snucie analiz na temat istot, które wtedy zaludniały świat. Świat, który teraz całym wysiłkiem nieświadomej woli musi powołać do życia Rorschacha, by umysł  poradził sobie z zamkniętymi oczami.
Pod powiekami odnajduję tajemnicze linki do atramentowych obrazów upchniętych w szufladach. To takie dziwne, że papier nie rozpada się w rękach tak łatwo jak jesienne liście z zeszłego roku. Powinien. Gdy w żyłach już nie ma życiowych soków - powinien.

A co z teraz? Teraz wszystko obserwuję kątem oka, przez trzecią powiekę, przez mętno-błoniasty filtr. Teraz dotykam przez rybie pęcherze ślisko-obłych kształtów świata. Teraz słucham, dużo słucham, skoro nagle wokół mnie pojawiło się tyle membran. 


-o-o-o-

W ciągu dnia, gdzie dzień jest synonimem życia, są momenty, w których już tylko desygnaty piękna łączą mnie ze światem. Między mną i nimi rozciąga się cieniutka, pajęcza niteczka życia-czucia-zaangażowania drżąca intensywnością przepływu. Jeszcze dostrzegam...
pasiaste zmierzchy, smukłe linie MiG-ów, duszący szal smogu wijący się między drzewami, muzykę na granicy słyszalności, zwierzęcą dzikość rozrywającą granicę człowieczeństwa, otrzeźwiający oddech mrozu i kłąb wypchniętego z płuc zadymionego powietrza zmieniającego się na moich oczach w puchaty obłok ciepła...
A potem naprężenie rośnie, nitka się staje się coraz cieńsza, w końcu pęka i ja odpadam zupełnie, dryfuję godzino-latami w nierzeczywistej bezzwiązkowości. I chyba dlatego przestaję sobie towarzyszyć na każdym kroku...

1 komentarze:

falka pisze...

zamieńmy się.

Prześlij komentarz