Zanurzona tuż pod powierzchnią snu, miękko dryfująca, wyczuwająca zbliżającą się do twarzy granicę przebudzenia, zatrzymuję wynurzenie. Materia snu zagęszcza się, płyn przekształca się w falę plastycznej, bezkształtnej materii. Srebrno-zimno-letnio-niebłyszczącej masy opływającej ciało.
Dotyk.
Tak delikatny, na granicy kontaktu ze skórą.
Masa miękko sunąca od stóp do głowy, otaczająca, sunąca, wypełniająca pory, łagodnie muskająca. Obejmująca całe ciało.
Rozluźnienie mięśni i myśli. Bez żadnego wysiłku pozostaję w strefie przygranicznej snu. Fala mnie zatrzymuje.
Jestem tylko czuciem dotyku. Mój umysł wypełnia srebrzyście szare, gęste, nielepkie czucie.
Dotknięte ciało z zewnątrz.
Dotknięty umysł od wewnątrz.
Dotknięcie zatrzymane w bezczasie.
Wciąż i wciąż. Trwające..
Spójność odczuwania.
Jednoczesność przeżywania.
Jedność bycia.
Aż do łagodnego wynurzenia w dzień.
Nos, otwarte usta, broda, czoło, jeszcze zamknięte oczy.
Oddech..
Otwarcie na dzień.
(jeszcze tylko poruszenie.. echo pobudzenia każdego zakończenia nerwowego, każdego receptora dotyku, jeszcze tylko...)
echo czucia wygładza nowy dzień
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz