Na zewnątrz świat jest gęsty i lepki od emocji, które zaraz po uwolnieniu ciemnieją i fermentują. Zaczynają wieść swój całkiem autonomiczny żywot w przestrzeni pomiędzy. Zalegają, mętnieją, żywią się chorą tkanką relacji. Widzę tę bulgoczącą masę, czuję brunatną melasę, której jedynym celem jest wypełnienie moich ust, gardła, krtani, oskrzeli, płuc. Zatkać, zamknąć, uciszyć.
Wewnątrz, w apogeum lata wysycham od pergaminowej skóry po pył myśli. Gdy zamykam oczy i patrzę w siebie, widzę spękaną ziemię z utęsknieniem czekającą na deszcz. Tylko pulsowanie powiek przypomina mi, że gdzieś w głębi coś tętni pod pierwotną błoną umysłu. Wysyłam dziecko na zwiady. Mała dziewczynka w czerwonej sukience zagląda w szczeliny popękanej powierzchni. Jej oczami widzę bulgoczącą, czarną maź - cały ocean błota, na którym dryfują kry suchego lądu. Dziewczynka siada na krawędzi, a ja w jej głowie myślę, że wytworzyła się wyjątkowo marna alternatywa. Albo skwar i piasek w ustach, albo gęsta otchłań, w której toną myśli, ale trwa to tylko chwilę, bo zaraz niebo ciemnieje od masy emocji napierającej z zewnątrz na kopułę nieboskłonu.
Siedzimy więc z dzieckiem pośrodku, między dwoma bagnami, i czekamy na kolejne pęknięcie - gruntu lub firmamentu. Na rozstrzygnięcie - który odcień czerni nas pochłonie.
I wtedy przychodzi jesień, przetacza się polarnomorskie powietrze, niosąc zbawienny chłód i idę błogosławiona wśród liści złotym tunelem, łapiąc pierwszy od wiosny głębszy oddech. Pierwszy wdech rodzi pierwsze słowo. Nareszcie.
Od słów pękają kopuły. Od słów rozpadają się lądy.
Wszędzie czerń.
Nareszcie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz