dzień, w którym pękło niebo


Gdy obudziła się z długiego snu, pęknięcie w rzeczywistości już było. Trwało uporczywą obecnością czegoś oczywistego i naturalnego, która charakteryzuje zjawiska wgryzające się w splot wydarzeń. Tkanina rzeczywistości nie byłaby już sobą bez owego pęknięcia. Tej nocy osnowa zmieniła oś i wyznaczyła zupełnie nowy kierunek. Spokojna pewność oplotła myśli - już nie ma odwrotu.
Dla pewności spojrzała na kota, chcąc skonsultować z nim sprawę, ale ten tylko wygiął płynnie czarne ciało w łuk, leniwym, falującym ruchem rozciągnął je w drugą stronę i wyszedł z pokoju. Nic dziwnego. Dla niego jedno pęknięcie więcej nie stanowi różnicy – żyje przecież w tylu wymiarach. Przez chwilę zastanawiała się czy nie wybiec na ulicę, nie zatrzymać przypadkowego człowieka i nie wskazać otworu. Tak bardzo chciała podzielić się świadomością. Dopiero teraz, kilka chwil po przebudzeniu zaczynały rodzić się w niej silniejsze emocje. Poczuła nagłe podniecenie i przejęcie, które prawie nieustannie towarzyszyło jej w dzieciństwie. Czające się w połyskujących w oczach iskierkach, przyjemnie drżące na końcach nerwów poczucie, że coś jest do odkrycia! Szybko jednak odrzuciła pomysł wtajemniczania innych ludzi w sprawę pęknięcia. Wiedziała, że nie zdoła nikogo przekonać. Z lekkim trudem, pokonując wewnętrzny opór, pohamowała potrzebę zerwania się i uspokoiła buzującą energię.
Podeszła wolno do krawędzi i dotknęła jej delikatnie opuszkami palców. Zimna gładkość natychmiast zanurzyła się na głębokość linii papilarnej w naskórek. Poczuła jak przeszywa ją chłód. Chłód spokoju, któremu towarzyszy poczucie opanowania czasu.
Tak więc smakuje pewność pozbawiona lęku.
Nie ma czasu. Nie ma przemijania. Nie ma gorzkich grudek śmierci na języku i pod powiekami.
Przestraszona odsunęła dłoń, machinalnie dotykając palcami ust. Była oczywiście świadoma gestu zaskoczonego i wystraszonego dziecka, ale nie chciała ingerować w naturalność odruchów. Teraz najważniejsze było przeżywanie. Dziwne doświadczenie. Nie mogła zdecydować czy to doświadczenie śmierci, czy jej braku.
Naruszony naskórek opuszków delikatnie wibrował pustką. Drżenie powolutku acz sukcesywnie przenosiło się na kolejne atomy. Poprzez warstewki powietrza, poprzez elektronowe szaleństwo dotarło do wrażliwej skóry warg i oddało jej ostatnie wibracje. Po kilku chwilach wygasło zupełnie, ale zanim to nastąpiło poznała smak obojętności i niewrażliwości. Skosztowała pustki.
Tak by było, gdybym była czystym, aczasowym trwaniem. Obojętna, zimna, pewna i niewrażliwa. Bez rozpadu, bez lęku, bez drżenia i bojaźni. Bez bólu. Tak by było, gdybym nie była człowiekiem.
W głowie rozprysnęły równoczesne wstęgi myśli i rozpoczęły swój zawiły, niezależny taniec. Czy nie znając śmierci, nadal potrafilibyśmy znaleźć motywację do działania? Czy bylibyśmy zdolni wykrzesać ogień oświetlający piękno, rozpraszający mrok i umożliwiający poszukiwania? Czy nadal bylibyśmy ludźmi? I czy człowiek jako istota wieczna potrafiłby znaleźć sens swej egzystencji? Sensem istnienia wyznawców wielu religii jest zasłużenie poprzez doczesne życie na życie wieczne. Dość krótkowzroczna perspektywa, trzeba przyznać. Jaki jest sens życia po życiu? Jaki jest sens trwania w wieczności? Czy brak uczuć wyniósłby ludzkość ponad zwierzęce odruchy? Czy jesteśmy zdolni trwać jedynie w racjonalności ograniczonego Absolutu nie rozpraszanej biochemicznymi wybuchami?23

0 komentarze:

Prześlij komentarz