nienasycenie


Przeklęte poczucie nienasycenia! Czuję je na języku, na skórze, pod czerwonymi paznokciami, w arteriach, w kanale kręgowym, pod powiekami, w skrzyżowaniu nerwu wzrokowego i w hipokampie. Czuję w każdej komórce mojego ciała. Czuję, że każda myśl jest nim skażona. Nienasycenie. Potrzeba nieogarniętej pełni. Nieustanne szarpnięcia...
Gdy wejdę w siebie dostatecznie głęboko, wiem, że to jedyny warunek mojego przetrwania. A wcześniejsze "czuję" ma w sobie również to "wiem", ale ukryte w powłoce intuicji, w której trzeba zanurzyć włókienka świadomości. Wiem.
*
Zaczynam topić autocenzora w rzece brudnej krwi. Trzymam go za kark i nie puszczę. Nie tym razem.
Zeskrobię i utopię.
*
Wiem.
Dzięki temu żyję. Kolejne szarpnięcia. Dłoń obejmująca serce i ściskająca je wtedy, gdy to najbardziej potrzebne.
Ale to tylko skrawek prawdy. Władam tasakiem jakby był małym, poręcznym skalpelem i odcinam mięso moich myśli z zaskakującą precyzją. Z czasem coraz mniejsze kawałki i pakowane w coraz wymyślniejszy papier. Może nikt nie zauważy, że to śmierdzące mięso.
*
Zaciskam palce na oślizgłej skórze wbrew wszystkiemu. To stworzenie też walczy o przetrwanie. Może nasze.
Za chwilę przestanie się wyrywać. Na pewno...
*
I w tym właśnie tkwi problem. W zakłamaniu. W takim fałszu nie można osiągnąć pełni, więc zaczynam ignorować poczucie nienasycenia, gdy styka się ono z innym systemem obronnym. Chwiejna równowaga między przetrwaniem i przetrwaniem, między śmiercią i śmiercią zostaje zachowana.
Gdyby istniała możliwość otworzenia przed kimś pełni świadomości, pewnie bym z niej nie skorzystała. Nikogo nie wpuściłabym do mojego umysłu. To chyba znaczy, że nie chcę być sobą i odrzucam szansę bycia prawdziwą. Okazuje się, że jestem zakłamaną suką. Nie godzę się w pełni na maksymalne odarcie treści z form. Nie totalnie..., ale gdybym mogła ukazać siebie wybiórczo... byłoby to moje zbawienie. Podróż z myślą. Pędzić siecią skojarzeń, rozdzielać na każdym możliwym rozgałęzieniu, pokazać wszystkie powiązania! Wygenerować w czyimś umyśle odcienie smaków i zapachów, doskonale przedstawić wyobrażenia... Pozwolić drugiemu człowiekowi zanurzyć się w hipertekstualności myśli. Rozciągnąć go i ukrzyżować na tej wielowymiarowej siatce. Dzielić i scalać! Coś nieprawdopodobnego.
Obawiam się jednak, że to mogłoby się nie udać. Zbyt wiele strachu i potrzeby chronienia wyodrębnionych składowisk śmieci, które są tylko moje. Nie mam ochoty obnażać wszystkich moich trupów i trucheł w różnych stadiach rozkładu. Nie chcę też, by ktoś zarzygał mi wnętrze. Dość tam metafizycznych wydzielin mojego umysłu.
*
Nie oddycha.
Można wyjąć dłonie ze ścieku.
*
To wcale nie jest obrzydliwe. Owszem, dla kogoś przesadnie moralnego (czyt. dla kogoś, u kogo obróbka etyczna nie pojawia się na samym końcu i nie jest tylko ostatecznym szlifem) wszystko mogłoby trącić zgnilizną zachowaną przeze mnie na potrzeby analizy. Dla siebie chciałabym jednak zachować prymitywne podejście, którego nie mogę wyeliminować. Niskie i powszechne. To najbardziej drażni i irytuje, a nie daje się wyplenić. Tak naprawdę nie chcę się pozbywać prymitywnych odruchów, żeby nie stracić na ogólności. Tutaj też tkwi duży problem... Trudno być wyrazistą i określoną, jednocześnie nie tracąc ogólnego oglądu. Nie można być czymś i wszystkim, jedynie wszystkim i niczym, co mnie nie satysfakcjonuje. Nie i koniec.
Cechą mojej osobowości jest niedokończenie. Gdybym się względnie ukształtowała, mogłabym utracić palące poczucie nienasycenia, ale to tylko efekt uboczny i czerwona lampka kontrolna. Po prostu nie można ot tak amputować fragmentu tożsamości. Przestać wchłaniać rzeczywistość, wgryzać się w świat. Nawet jeśli to niedojrzałe. To tylko przymiotniki.
Inne pytanie, na które mimo wszystko chyba chciałabym znać odpowiedź... Jak daleko jestem w stanie się posunąć, by przetrwać? I czy tak naprawdę mi na tym zależy?
Ile razy już pisałam, że mam zaburzony instynkt samozachowawczy, ale ja go po prostu czasami ignoruję. Czuję jednak, że ta zwierzęca część mnie jest bardzo silna. Po prostu instynkt niezależny od świadomości i błyskawiczny. Czasami pomrukuje i wiem, że nie zasypia. Jestem też pewna, że, gdy to konieczne, działa bezbłednie. I jest to inny rodzaj prymitywizmu pozbawiony znamion intelektualizmu. Nie, instynkt nie jest prymitywny. Jest po prostu pierwotny. Czy racjonalność go zabija? Mam nadzieję, że mogą się uzpupełniać, bo lubię obie strony.
*
Idę umyć ręce.

***
Gdzieś tam głęboko błąka się błagalna myśl... może to nieprawda, że zaspokojenie pragnienia nie jest potrzebne..., że wystarczy samo poczucie nienasycenia... I to wcale nie jest wyparcie! To nie może być wyparcie!
To nieprawda.
Tylko co z tym zrobisz?

0 komentarze:

Prześlij komentarz