.
Saevitia myśli: "napiszę notkę". Jako że Saevitia myśli, to ma co na pisać.
Wariant pierwszy.
Saevitia podchodzi do komputera i stwierdza, że ta myśl już kiedyś była zapisana - nie w tej to w innej formie. Nie ma po co siadać.
Wariant drugi.
Saevitia siada przy włączonym komputerze i stwierdza, że ta myśl nie jest wcale odkrywcza - nie dość, że już elektryzowała jej prywatne obwody, to zelektryzowała też setki-tysiące-miliardy innych obwodów. Nie ma sensu się nawet logować.
Wariant trzeci.
Saevitia loguje się, widzi białe pole i migający kursor. Myśli. Stwierdza, że sensu brak, ponieważ, nawet jeśli od razu nie ma owej myśli i siebie dość, to chciałaby porozmawiać a nie pisać sobie w eter. Nie będzie ot tak myśli przekształcać w słowa, te w symbole, martwić się ich binarną postacią i świetlnymi podróżami. Saevitia nie ma po co pisać.
Wariant czwarty - powszechnie obserwowany.
Saevitia pisze. Rozcieńcza myśl maksymalnie w słowach i skupia się na przeżyciu i odczuciu. I żuje. I żuje. I żuje. Jak te pieprzone przeżuwacze, ale Saevitia ma jednokomorowy żoładek i szybko robi się jej niedobrze.
I to jest odpowiedź na pytanie: "dlaczego wciąż to samo i tak samo?"
Przez przypadek wyszła mi część dedykowana, zatem pozdrawiam z tego oto miejsca wielce zaszczytnego i vipowskiego (tuż przy otwartym oknie), z gładkiej powierzchni biurka pomiędzy lampą a parapetem, jeszcze nie wplątana doszczętnie i dożywotnio w kable.
Część druga notki wynikająca z manii prześladowczej au-torki pod hasłem: "Pomiędzy snem i jawą (Zgadnij gdzie to jest, a gdy już znajdziesz, dowiedz się, jak stamtąd wyjść)".
Moja zacna podświadomość zaczęła sobie śmielej poczynać. Miast li tylko przetwarzać, zaczęła stwarzać. Tym razem poczęła postać, której nigdy nie widziałam - ba! - nigdy sobie nawet nie wyobrażałam, a z którą kilka razy zdarzyło mi się porozmawiać w postaci zredukowanej do słów. Pamiętam prawie wszystkie szczegóły snu - począwszy od podróży, przez czytelnię w szpitalu pełną ludzi z komputerami, odblaskowo pomarańczowy notebook, detale wyglądu wspomnianego stwarzanego człeka, po jego utykanie na jedną nogę i pewność, że w tym mają swój udział martwe tkanki i inne wyeksploatowane przeze mnie do cna motywy. Choć pamiętam pierwszy kontakt wzrokowy i do teraz mogę podać zajmowane przez nas współrzędne, nie pamiętam koloru oczu. Nie wiem także, z którą nogą było coś nie w porządku (ale pewnie tak jak u Talleyranda, co niezbicie wynika z sennej logiki). Doskonale też pamiętam oskarżenie rzucone w moją stronę i wściekłość, którą odczuwałam. Furię i wolę walki. Po pierwsze byłam świadoma źródła ułomności tego człowieka, co wyraźnie go oburzało. Po drugie oskarżył mnie o zniszczenie czegoś najcenniejszego. Twierdził, że bezpośrednio przyczyniałam się do rozpadu i upadku. Jak zresztą całe moje pokolenie. Zarzut z ust człowieka, który jest zaledwie kilka lat starszy ode mnie! Pamiętam bunt, który się we mnie obudził - wszystkie resztki młodzieńczego sprzeciwu, które w sobie znalazłam zostały zmobilizowane.
Tylko że wtedy już staliśmy na schodach świątyni - gmachu potężnego i czczonego przez wielu od tysiącleci. Kiedy znalazłam się w środku, stanęłam na skarpie. Wokół mnie waliły się mury a pode mną, w dole, po gruzie kroczył rozedrgany, rudoczerwony, płonący golem pozbawiony głowy, rąk i części klatki piersiowej. To stworzenie było humanoidalnym budynkiem naszpikowanym podrapanymi drzwiami wypadającymi z zawiasów i oknami z powybijanymi szybami. Chwiał się na kruchych nogach, ale nadal kroczył, nieustannie wibrując i wzburzając powietrze ognistymi odblaskami. Gdzieś w tle zamigotały zwłoki podobnego stworzenia. Wszystko utrzymane było w ciemnej kolorystyce rozjaśnianej wyłącznie krwawym blaskiem. Wzbudzone zostały odpowiednie skojarzenia - tak ludzie od wieków przedstawiali piekło. Pamiętam fakturę gleby, na której stałam i asymetryczne nogi golema, które z każdą chwilą stawały się coraz cieńsze. Widok był przerażający i zachwycający zarazem. Zachwyt napawał mnie wstydem, ale nie mogłam go z siebie wydrzeć. Żal i zachwyt. Nierozłączne.
Kiedy stamtąd wyszłam, znajomy nieznajomy czekał na schodach. Oboje czuliśmy, że symbol jeszcze trwa. A ja z jedyną w swoim rodzaju senną pewnością wiedziałam, że już wkrótce upadnie i roztrzaska się na gruzach świątyni i szczątkach innych.
I wtedy, na schodach, zrozumiałam.
Tę część, wzorem poprzedniej, również zadedykuję. Tym razem osobie, która obwiniła mnie o spory kawał zła tego świata. Za okoliczność łagodzącą można uznać to, że od początku do końca ta postać była wytworem mojej psychiki. Nie licząc impulsu... Niech usprawiedliwieniem będzie również fakt, że oskarżający miał rację.
Czy można znieść odpowiedzialności za rozpad? Tutaj wysoki sąd zasiadający na najwyższej skarpie w najwyższej ze świątyń nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących.
Ale czy można znieść...?
Unosi kieliszek w geście pozdrowienia z blatu tego samego biurka.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz