pełna paleta
Oblekam się w kolorowe, przepiękne płótno. Czarno-białe włókna walczą w odwiecznej walce przeciwieństw godzone przez najróżniejsze barwy.
Dlaczego więc gubimy przeróżne kolory po drodze?
Czerń i biel.
Smutek i radość.
Pech i szczęście.
Razem splecione w życie.
Gdzie podziały się inne barwy?
Łatwo je pominąć. Przemalować, by doznania stały się intensywniejsze. Nie dziwi mnie to - jeżeli uzna się wszystkie pozostałe kolory-odczucia za wyblakłe...
Pełną paletę jestem w stanie dostrzec bardzo rzadko. Tylko w chwili, gdy widzę siebie z zewnątrz.
Obok. Obca. Chłodna.
Ogarniam całość, ale wtedy tracę kontakt ze wszystkim, wszystkimi, a zwłaszcza ze sobą.
Przestaję być sobą, by w pełni widzieć siebie.
Szkoda, że tylko kilka razy...
Szkoda, że wyłącznie sekundy, ich ułamki, setne części ułamków...
Odrobinę dłużej trwa taki stan wobec świata.
Mijam ludzi jakby w innej rzeczywistości, oni są osobno i ja osobno. Oddziela nas niewidzialna bariera. Zupełnie jakbym wybiła się na moment ponad szklane więzienie akwarium, spojrzała na wszystko z góry i z bolesnym, bo zbyt gwałtownym, pluskiem wpadała do wody, przy okazji zakłócając spokojne życie innych zmąceniem rzekomo niezmąconej toni. Po raz kolejny rozpoczynam bezsensowny maraton i pływam, zataczając jasno określone kręgi. Od czasu do czasu zdarzy się, że świadomie lub nie uderzę w przezroczystą ścianę.
akwarium we mnie
akwarium wokół mnie
tylko pięć?
tylko pięć.
tylko pięć!
tylko jak...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz