Nocne niebo ma dziś ten szczególny pomarańczowo-brunatny kolor brzemienny śniegiem. Zima niesie w sobie brudną jasność dla nocy, jakby rekompensowała niedostatek światła za dnia. Niepostrzeżenie wdmuchnęła cieniutką warstewkę białego pyłu na balkon, aż muszę wyjść boso, by poczuć nieprzyjemną wilgoć i scalić wzrok z zimną rzeczywistością czucia.
Jest wieczór, a ja jestem w domu. Wieczór bywa w moim domu dużo częściej niż ja i nawet zaczęłam mu trochę zazdrościć. Był czas, kiedy bardziej byłam, ale mniej żyłam. Ostatnio jestem dzianiem się, wydarzam się wciąż od nowa, bez przerwy. Jestem w ciągłym ruchu, jestem ciągłym ruchem i jeśli czas jest ruchem lub chociaż jest związany z ruchem, to bardzo bardzo szybko się starzeję (to nawet dobrze, bo wypadałoby się zdążyć choć trochę zestarzeć przed śmiercią). Im bardziej ograniczają mnie ściany zdarzeń, tym mniej jestem. Im więcej doświadczeń, tym mniej czasu na ich przetwarzanie, a ja się coraz bardziej wysycam i osiągam plateau przeżycia, tłumacząc sobie wciąż od nowa, że przecież tyle jest jeszcze do zrobienia. Robię te wszystkie rzeczy, które chcę lub zawsze chciałam robić. Kobieta, którą jestem na co dzień, przebiła tę, którą chciałam być, będąc dzieckiem (ale od zawsze cierpiałam na brak wyobrażenia odpowiednich ideałów i całkowity brak wyobrażenia raju).
Mogę, jeśli chcę, zatrzymać się, i tak pewnie zrobię, by wreszcie zacząć być. Nigdy wcześniej nie mogłam tyle, ile mogę teraz i trochę przeraża mnie ta łatwość kreacji życia. Po prostu mogę i po prostu robię i - o zgrozo - otrzymuję więcej niż oczekiwałam.
Tylko świadomość jednego braku uporczywie towarzyszy. Tylko jedna otchłań macha do mnie, ilekroć spojrzę, a patrzę często, choć to niczego nie zmienia. I tylko tego będę żałować.
A żal jest trucizną.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz