Przed snem prawie rytualnie odklejam kolejne warstwy myśli, zaczynając od najwyraźniejszych, które świadomie mocno wydzieliłam w ciągu dnia, aż do tych prawie niezauważalnych. Każdy następny dotknięty poziom jest coraz bliższy szumu. Im głębiej schodzę, tym głośniej krzyczą szumne myśli, które same się myślą w ciągu dnia i w nocy, na jawie i we śnie. A każda z nich przypomina drżący, mimo że ciężki, ołowiany liść, który wolno opada na dno umysłu. Z każdego śladu po oderwanej myśli sypie się metaliczny pył i zaczyna powoli zalegać w komórkach ciała.
Rano na początku nie ma zarysu myśli, w głowie jest tylko gęsta biała mgła, którą trzeba zdecydowanie przebić, by wstać. Są też niewiarygodnie ciężkie kończyny i sztywne mięśnie, bo ciało zawsze pamięta.
Zapominasz o ciele.
Po przekroczeniu pewnej bariery kumulacji każde kolejne, nawet lekkie obciążenie przytłacza, ale mimo zmęczenia boisz się przykucnąć, odpocząć, bo wiesz, że chwila pozornej ulgi sprawi, że już nie wstaniesz. Niewielki ciężar nie pozwoli ci się już wyprostować. A jednego jesteś pewna - nie możesz nie wstać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarze:
Nie kusi Cię ta perspektywa? Przecież wystarczy przestać młócić tę brudną wodę. Opadanie nie może być gorsze od prędkości, która krzywdzi mi sny.
Prześlij komentarz