Zaburzyłam się.
Jestem czekającym na podpalenie fajerwerkiem, który czując ciepło płomienia i nadchodzącą eksplozję, usiłuje ją tłumić, ale wiele iskier i tak wydostaje się na zewnątrz i wypala drobne dziurki w delikatnym materiale codzienności. I tak od długich godzinodni.
Nie mam spokoju, nie mam dystansu.
Był czas, kiedy ogień był skuty lodem.
Był czas, kiedy ogień stopił większą część lodu i z czystej, zimnej, niewzburzonej wody czerpałam spokój. Ogień schowałam jeszcze głębiej, tak że czułam już tylko ciepło.
Potem nastał czas kalekich metafor, więc moje postrzeganie tego okresu jest upośledzone (poczucie zrozumienia dość silnie koreluje ze znalezieniem mocnego obrazu lub nośnej metafory), ale na podstawie wspomnienia czucia mogę stwierdzić, że głęboko działo się wiele, choć wolałam trwać przy bezpiecznej powierzchni. Teraz wiem, że wtedy pękało dno.
Nie tak dawno temu czarny ogień wylał się z popękanego dna. Pluł, brudził, parzył.
Wyobrażenia zaczęły się zlewać. Woda wyparowała, zostały fontanny ognia. Niektóre od razu zamarzały, ale nie do końca, bo straciłam kontrolę. Z zewnątrz pokrywały się lodem, ale nie przestawały tryskać płomieniami w środku. Punktowo przebijały skorupy i rzygały czarnymi odłamkami, których nie dało się skierować z powrotem do wewnątrz. Inne, niezamarznięte, płonęły niegasnącą smolistą czernią, paliły i niszczyły.
Wychodziłam wtedy z domu ze świadomością, że wychodzę jako chodząca destrukcja. Przekonana, że gdziekolwiek bym nie poszła, zabieram ze sobą (nie)pokój z widokiem na zgliszcza. Jakkolwiek bym się nie starała wyciszać warknięcia wściekłości, niemożliwe jest zagłuszenie cichuteńkiego bulgotania lawy w mojej głowie. Ten dźwięk przypomina, że wciąż wszystko płonie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz