...


Miasto wymarło. A noc dopiero się zaczyna.  Na pustych ulicach zniekształconych rozproszonym światłem od czasu do czasu pojawia się zabłąkany samochód. Tylko mieszkańcy wymarli. Nie wiem czy w domach są umarli – zwłoki przed telewizorem, który rozświetla szyby i truchła w łóżkach ukrytych w ciemnych pokojach. Wiem, że ciała nie wypłyną na zewnątrz, więc nie ma to chyba znaczenia.
Miasta nocą są piękne. Zwłaszcza wtedy, gdy noc jest mglista, gdy rzeczywistość rozmywa się w latarnianych światłach. Brudne kamienice, rozwalone mury i  popękany asfalt zaczynają tworzyć nowy świat... nowy wszechświat znaczeń.
Jedynie zaułki się nie zmieniają. Rozłupane kamienie, twarda ziemia i intrygująca ciemność. Spóźniony znak życia daje tylko szczekający pies, któremu nie podoba się, że zapuszczam się na nie swoje podwórko. Ale ja nie mam swojego podwórka. Nie mam tej biedy, brudu, zniszczenia i stagnacji. W moim świecie nie ma tej monotonii nieistnienia. Tak się przynajmniej wydaje, bo dla mnie przybiera ona inną formę. Formę nieco gładszą, więc bardziej poszarpaną.
W drodze do domu nieoczekiwanie wyrosła przede mną na środku chodnika martwa natura lokalnego świata - pusta butelka po wódce „Luksusowej”. Muszę przyznać, że umieszczona w tym miejscu z niezwykłym wyczuciem smaku (nie mówię tego ironicznie). Brak jej jedynie elementów organicznych o wyższym stopniu zorganizowania.
Wycieka ze mnie dekadencja... Tani sentymentalizm i wywleczone z dawnych czasów nurty.
Na swoją obronę mam tylko gwiazdy na niebie w ilości rzadko spotykanej. O dziwo spojrzałam w niebo dopiero podczas przechadzki środkiem ulicy.
Gwiazdy dowodzą, że miasto wymarło. Mam wrażenie, że nie stało się to dziś.

0 komentarze:

Prześlij komentarz