ktokolwiek widział
Uprzejmie donoszę, że zgubiłam gdzieś spory kawałek siebie. Z kubistycznego obrazu powypadały co ważniejsze fragmenty. Dla niewprawnego oka róznica jest niedostrzegalna. Nawet ja zaczęłam odczuwać zmianę dopiero po jakimś czasie. Nie potrafię nawet określić chwili początkowej, impulsu, przyczyny. Nie ma się czemu dziwić. Nikt nie uderzył w lustrzany obraz pięścią. Nie było huku i fajerwerków. Tylko wyczuwalny brak. Doskwierająca pustka. I obojętność.
Przypuszczam, że jest to kwestia świadomości, ale pewności nie mam. Najwyraźniej muszę poczekać, aż wykrystalizuje się odpowiednia myśl. Kiedy odczuwanie przekształci się w wiedzę (o ile się przekształci). Tymczasem z obojętnością muszę oczekwiwać na iskierkę olśnienia.
Jak na razie usiłuję dosięgnąć niewidzialnej zmiany. Racjonalnie nie ma sensu jej wartościować, lecz wykluczyłam już przecież na chwilę pierwiastek ratio, więc stwierdzam intuicyjnie: nie wydaje mi się, by była to zmiana na lepsze...
P.S.
Pożera mnie jakaś mentalna astma. Niemożność zaczerpnięcia głębszego oddechu sprawia, że zanurzam się w miękkim kokonie obojętności i chłodu. Wewnętrznego chłodu. Po raz pierwszy od dawna nie związanego ambiwalentnie z żywą emocją. Gdzieś w środu coś się zalęgło, potem zdechło i czuję pewnie zapach truchła, ale nie mam odwagi nazwać sprawy po imieniu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz