parlament myśli

Była tu kiedyś jedna z nas. Mam o niej mgliste wspomnienia, ale wybrała drogę o blaknącej lini prawdopodobieństwa. Zgasła. Była tu kiedyś niejedna z nas. Widzę, z których korzeni się wywodziły, jak wzrastały. Wzmacniane i osłabiane tysiącami zdarzeń i zetknięć, przypadków i potknięć. Patrzę na nie z troską, lecz z nieuzasadnionego oddalenia. Zimno. 

Coraz więcej nas w jednej mnie, ale coraz gorzej się znamy. W nocy zwierzęce oczy łypią, a potem zapada ciemność, bo każda z nas boi się śnić. Nie patrzę wgłąb, nie czytam skruszonych snów, choć pędzą nocami, widzę ich poblaski, zapamiętuję cienie, ale śpię coraz głębiej i budzę się coraz płyciej. Rozmywam dni i noce w niepamięciach. Łaknę symboli, lgnę do metafor, lecz rozpędzona machina myśli tnie już kolejne warstwy rzeczywistości, opakowuje zdarzenia w coraz to nowsze meta pudełka. Inercja poznawczego nawyku już nawet nie ciąży zbytnio na dnie umysłu. Z rozpędu tratuje nawet najmniejsze drżenia prze(d)czucia. Nie czuję już życia. Ubieram świat w modele modeli modeli ad infinitum. Myślałam, że model jest narzędziem do rozebrania rzeczywistości i dogrzebania się do bebechów. Miał być sposobem zadania pytania, na które kosmos musi udzielić odpowiedzi - nawet nie twierdzącej czy przeczącej - lecz choć drwiącej. To nieprawda. Jestem coraz głębiej, szklana matrioszka à rebours, skryta we wnętrzach kolejnych brył. Zbyt wiele spiętrzonych, rekursywnych meta-ścian, proces nie do zatrzymania. Jestem coraz dalej - od siebie, a tym samym od świata, bo przecież ciało i ucieleśniony w nim umysł, bez otwarcia na siebie, nie może badać zewnętrza. Nie sposób dotknąć rzeczywistości bez wychynięcia zmysłowej czy emocjonalnej nibynóżki. I jeśli to nie jest najbliższe wyznaniu wiary stwierdzenie, to chyba nigdy nie otrę się o credo. 


Przyszłam tu pomyśleć siebie.

Czy nie po to przychodzi się na cmentarz, by powspominać zmarłych?