Błazen-linoskoczek

Błazen-linoskoczek. To będzie archetyp na dziś. Joker moich czasów, który nie przebija żadnej karty. Wydawało się, że dziwak jest wyzwolony od dziwactwa, ale okazuje się, że tylko czasami bywa na przepustce. Odkłada tyczkę, odpina dzwoneczki, nie musi dłużej balansować. 

***

Te wszystkie słowa osiadają w nas niczym długo nieścierany kurz. Niepozorną, cienką warstwą. Im mocniej trzesz i ścierasz, tym głębiej się wżera. Ważne i nieważne. Mdłe i ciekawe. Dobre i złe. Festiwal ocen i współczuć, bezmyślności i cyzelowanych wnikliwości. Czasami wirują w tańcu, tworząc hipnotyczny wzór i wtedy przez chwilę jest pięknie, ale kiedyś każda drobinka musi osiąść i zmieszać się z milionami innych. 

Dmuchamy w siebie tym pyłem. Oddychamy nim. Podstawowa pozadotykowa forma komunikacji. Ile by nie czyścić, codziennie narastają świeże warstwy, powoli spiętrzają się w hałdy. Mówisz, że to proste, żeby się tak bardzo nie wystawiać. Tylko jak długo można nie oddychać?

Innego falloutu nie będzie.

***

Dużo łatwiej rozumieć niż być. Dużo łatwiej być rozumieniem niż byciem. Niemożliwość zrozumienia niczego tutaj nie zmienia.

parlament myśli

Była tu kiedyś jedna z nas. Mam o niej mgliste wspomnienia, ale wybrała drogę o blaknącej lini prawdopodobieństwa. Zgasła. Była tu kiedyś niejedna z nas. Widzę, z których korzeni się wywodziły, jak wzrastały. Wzmacniane i osłabiane tysiącami zdarzeń i zetknięć, przypadków i potknięć. Patrzę na nie z troską, lecz z nieuzasadnionego oddalenia. Zimno. 

Coraz więcej nas w jednej mnie, ale coraz gorzej się znamy. W nocy zwierzęce oczy łypią, a potem zapada ciemność, bo każda z nas boi się śnić. Nie patrzę wgłąb, nie czytam skruszonych snów, choć pędzą nocami, widzę ich poblaski, zapamiętuję cienie, ale śpię coraz głębiej i budzę się coraz płyciej. Rozmywam dni i noce w niepamięciach. Łaknę symboli, lgnę do metafor, lecz rozpędzona machina myśli tnie już kolejne warstwy rzeczywistości, opakowuje zdarzenia w coraz to nowsze meta pudełka. Inercja poznawczego nawyku już nawet nie ciąży zbytnio na dnie umysłu. Z rozpędu tratuje nawet najmniejsze drżenia prze(d)czucia. Nie czuję już życia. Ubieram świat w modele modeli modeli ad infinitum. Myślałam, że model jest narzędziem do rozebrania rzeczywistości i dogrzebania się do bebechów. Miał być sposobem zadania pytania, na które kosmos musi udzielić odpowiedzi - nawet nie twierdzącej czy przeczącej - lecz choć drwiącej. To nieprawda. Jestem coraz głębiej, szklana matrioszka à rebours, skryta we wnętrzach kolejnych brył. Zbyt wiele spiętrzonych, rekursywnych meta-ścian, proces nie do zatrzymania. Jestem coraz dalej - od siebie, a tym samym od świata, bo przecież ciało i ucieleśniony w nim umysł, bez otwarcia na siebie, nie może badać zewnętrza. Nie sposób dotknąć rzeczywistości bez wychynięcia zmysłowej czy emocjonalnej nibynóżki. I jeśli to nie jest najbliższe wyznaniu wiary stwierdzenie, to chyba nigdy nie otrę się o credo. 


Przyszłam tu pomyśleć siebie.

Czy nie po to przychodzi się na cmentarz, by powspominać zmarłych?

Sczucie

Czy uczucia często czute stają się wyczute? Czy sczuwają się w miarę przeżywania w kolejnych iteracjach?

Racjonalnie wydaje się, że powinny. Że podobne bodźce nie mogą równie intensywnie pobudzać z każdym kolejnym powtórzeniem...

A jednak wbrew logice czuje się.
Czuje się intensywny, mokro ziemisty, świeży, wietrzno-słoneczny zapach. Zapach wiosny. Tak mocno jak 15 lat temu.

Czuje się. Nie czuję się. Więc może to jednak zapach wzmocniony wspomnieniem.
W miarę starzenia zapewne coraz więcej wzmocnień pochodzi z reminiscencji zamiast z wyobrażeń przyszłości i możliwości.


Odkąd pamiętam miałam skłonność do boostowania rzeczywistości wyobraźnią. Kolorowania w umyśle krajobrazu górnośląskich, a może po prostu brudno biednych, polskich miast - kombinatów samowoli nazywanej prawem do wolności, quasi inteligentnych projektów wtykanych losowo w brak planów zagospodarowania i ogólnego poczucia, że otacza nas przestrzeń nie wspólna a niczyja. Niczyja, więc zaniedbana. Chcąc widzieć lepszy świat, nauczyłam się wymazywać z oglądanego obrazu neutralną brzydotę. Chociażby ubrane w olejne lamperie takie same szkoły z brzydkimi napisami na murach zamalowywanych raz po raz jeszcze brzydszymi, tanimi farbami. Potrafiłam też naturalnie  wzmacniać drobne przejawy piękna - banalnie - stokrotki między popękanymi płytami chodnikowymi czy smogowe krwistoczerwone zachody słońca.

Miałam skłonność do wyławiania sensów z naszego ludzkiego, rodzinno - społecznego bałaganu. Jak pewnie każdy młody człowiek, który chce przetrwać, więc opowiada sobie historię racjonalizującą świat. A można tam znaleźć przepiękne, złożone sieci powiązań - ludzie uwikłani w przeszłość swoich rodzin, miotający się w relacjach, schematach, które mogą trochę nagiąć, ale nie złamać. Każdy kolejny próbuje choć trochę lepiej, dalej, bardziej. A to zanurzone w rozległej społecznej zupie zależności. Patrzysz i nadajesz sensy.
Szczelnie owijasz w umyśle kokonem opowieści.


A jednak jest w tej historyjce fałsz. "Nauczyłam się wymazywać". To nieprawda. Po prostu patrząc, nie widziałam. Świat, w którym dorastasz, jest referencyjnym światem zadanym. Każdy z nas zamknięty jest w teraz i z perspektywy teraz oraz względem teraz postrzega i opisuje. Przeszłość przywołana zostaje z perspektywy teraz (dlatego warto pisać pamiętniki; zmniejszają poziom zafałszowania, eliminując kłamliwą pamięć). "Nauczyłam się wymazywać" to kłamliwa retrospekcja.
Człowiek zanurzony  w brzydocie dostrzega tylko najjaskrawsze jej przejawy. Wyłuska z niej też najwięcej ukrytego piękna.

Anatomia tęsknoty

Znana mi była tęsknota nieokreślona, o nieuświadomionej przyczynie. Palące pragnienie wypełnienia bliżej niezdefiniowanej pustki. Jakiej pustki? To nie miało dużego znaczenia, bo brak mogłam wypełnić dowolną treścią. Nienasycenie uznać za korzystny, płynny stan wymuszający ruch i zmianę w życiu.
Ale to się zmieniło.
Pragnienia się wykrystalizowały, potrzeby zostały dookreślone. Zaryzykuję stwierdzenie, że wiem, czego potrzebuje ciało i umysł. Domagają się poprzez głód lub emocjonalne rozedrganie.
Poznałam za to nową postać tęsknoty. Cielesną, mięsistą, pulsującą. Cichą, otwartą ranę braku. Braku ciała, braku ciepła, braku obecności. I wbrew temu co zazwyczaj robiłam z bólem otwartych ran, nie wkładam w nią palców, nie badam granic, nie oceniam głębokości czucia. Żyję z. Żyję pomimo. Oddycham, czując pulsowanie łagodzone tylko obecnością. Odkryłam, że wyrwy tęsknoty za konkretną obecnością, w przeciwieństwie do nieokreślonego nienasycenia, nie da się wypełnić myślą, mową, uczynkiem i niezaniedbaniem. Żadne działanie, inne towarzystwo, praca, żadna idea, intelektualne i puste rozrywki, nic nie wypełnia rwącej tęsknoty. Dlatego żyję pomimo, obok niej.

I nie mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa. Jestem wdzięczna, że mogę tę tęsknotę czuć. Odwzajemnić ją. Wypełnić.  
Uwspólnić aż do zniknięcia.

..

Nie jest tak, że jestem dużo gorsza niż byłam, choć we własnym ratingu intelektualnym spadam na łeb na szyję, staję się kompletnie niewiarygodna, bo nie spełniam oczekiwań bycia interesującą i rozwijającą się. I zamiast wdrażać program naprawczy, zgadzam się by intelektualna flauta trwała. Umysł nie iskrzy nowymi pomysłami, skojarzenia gasną nim zdążą wywołać lawinowe wyładowania myśli, a przyczyna jest prosta. Nie ma paliwa. Nie podkładam materiałów wybuchowych - nie czytam, nie oglądam, nie słucham, nie dyskutuję. Blaknę i nudnieję. Nie wystawiam się też na nieoczekiwane. Takie mam poczucie, choć przecież wyjeżdżam w zasadzie co miesiąc w nowe jeszcze niepoznane, rzekomo się uczę, rozwijam pasje, chłonę, otwieram się a i tak nic nie jest nieoczekiwane. Ludzie w większości mnie nudzą i męczą, zwłaszcza nowo poznani, wycinani z tych samych szablonów pomazanych tymi samymi problemami. Jak niewielu ludzi ma dla mnie znaczenie, jak niewielu mnie nie nudzi! Przecież ja sama zaczęłam siebie nudzić. Może dlatego więcej śpię, zasypiam skazana na własne towarzystwo. Tylko kiedy patrzę na siebie z zewnątrz mam całkiem ciekawe, żywe życie i jestem szczęśliwa. Jedynie osąd jest zbyt zimny, jakbym wyłącznie rozgryzła jakie wydarzenia i działania na takie się składają, ale nie potrafiła tego poczuć i zinternalizować.

Prowadzi to do wniosku, że jedyne, co umarło, to życie wewnętrzne.

I znowu - pomimo wielu, intensywnie i - przysięgam - autentycznie przeżywanych emocji, jestem martwa w środku. Nie mam ognia.

Praca mnie męczy i też trochę nudzi, choć bluźnię tu okrutnie, bo zalet ma przecież wiele, a odrobina chęci z mojej strony (podparta większą liczbą nocnych niepłatnych nadgodzin) mogłoby przecież otworzyć nowe możliwości i rozniecić ogień. Ale prawda jest taka, że gdybym miała czysty wybór oparty tylko na czystym pragnieniu, poszłabym po prostu spać.

Czy naprawdę jestem nudniejsza niż byłam? Może po prostu odzieram się ze złudzeń, zdrapuję łuszczące się warstewki wyobrażeń na własny temat i nie ciągnę tak mocno do poziomu wyidealizowanych ambicji. Może nic się tak naprawdę nie zmienia tylko mój sposób postrzegania siebie i tylko dlatego przestałam być dla siebie ciekawym towarzystwem..

..

Nie ma ocalenia i zbawienia poza samym sobą.

pulpa

Czuję w środku rozwodnioną pulpę emocji. To nowość. Dotychczas istniał przynajmniej twardy rdzeń - igły, kry, kamienie, a często dodatkowe  skorupy, sterylnie czyste, gładkie powłoczki. Przyjemnie było tak czuć, przyjemnie było grzebać w sobie i gładzić ostrza, ranić się o krawędzie, przebijać tarcze. A została miękka masa, jakby przeżuta i wypluta. Pozwoliłam się sobie stępić, rozpuścić, rozwodnić, zmiękczyć i czuję przez to lekkie obrzydzenie i mdłości.